22°C bezchmurnie

60 lat pracy artystycznej to nic nadzwyczajnego. Rozmowa z Henrykiem Łapińskim

Wywiady, pracy artystycznej nadzwyczajnego Rozmowa Henrykiem Łapińskim - zdjęcie, fotografia

- Właśnie rozpoczął Pan sześćdziesiąty pierwszy sezon swojej pracy w Teatrze Ateneum, co stanowi swoisty rekord wierności jednemu teatrowi, przynajmniej wśród aktorów Warszawy…

- No właśnie, dobrze, że sam pan powiedział, iż chodzi o wierność jednej scenie. Czasem bowiem słyszę, jakoby fakt, że obchodzę 60 lat pracy artystycznej, miał być czymś niesamowitym, a to przecież nic nadzwyczajnego, wielu aktorów obchodzi takie jubileusze. Rzeczywiście zdarzyło mi się przez sześćdziesiąt sezonów, od 1956 roku, być na etacie w jednym i tym samym teatrze, czyli w Ateneum. I wygląda na to, że jeszcze mnie tam chcą, bo choć jestem już emerytem, to wciąż mam w Ateneum pół etatu i biorę udział w dwóch przedstawieniach: „Dziewicach i mężatkach” w reżyserii Janusza Wiśniewskiego i „Rzeźni” w reżyserii Artura Tyszkiewicza.

- Pod koniec zeszłego roku Teatr Ateneum i Teatr Polski, w którym występuje Pan gościnnie w dwóch przedstawieniach („Król Lear” i „Zemsta”), zorganizowały Panu jubileusze. Spodziewał się Pan takiego ufetowania?

- A skąd! O ile jeszcze w Ateneum z krążących w kulisach pogłosek coś tam do mnie docierało, o tyle to, co zrobił w Teatrze Polskim dyrektor Andrzej Seweryn, całkowicie mnie zaskoczyło. Spektakl „Król Lear” jest długi. Gdy zaczynamy grać o 19.00, kończymy około 23.00. Po pierwszej serii ukłonów, bardzo pięknie ułożonych przez reżysera Jacquesa Lasalle’a, chciałem już zmykać do garderoby. Zatrzymali mnie koledzy. I nagle widzę, że na scenę wjeżdżają kwiaty, a Andrzej Seweryn wychodzi na proscenium i zatrzymuje widzów. I wszyscy zostali. Byłem tym bardzo wzruszony. Nie mniejsze wzruszenie chwytało mnie za gardło podczas jubileuszu w Ateneum., który miał miejsce podczas przedstawienia „Dziewice i mężatki”. Były kwiaty, było odczytywanie listów. To był niezwykły dla mnie wieczór.

- Teatr Ateneum przeżywa teraz trudny czas remontu…

- …którego się bardzo obawiam, bo o ile łatwo wyremontować salę, o tyle już nie zawsze łatwo „wyremontować” rozproszony po takim czymś zespół. Ale nie mówmy o tym…

- Skoro wspomniał Pan o zespole, to nie sposób nie wspomnieć o wielkich, nieżyjących już aktorach Ateneum, z którymi miał Pan okazję pracować. Ostatnio odeszło ich szczególnie wielu.

- Oczywiście najbardziej przeżywam śmierć tych najbliższych mi pokoleniowo. Tak było, gdy lata temu odszedł Romek Wilhelmi, potem Janek Kociniak, czy ostatnio, gdy zmarli Janek Matyjaszkiewicz, Marian Kociniak, Jurek Kamas. Boli śmierć tych młodszych – na przykład Krzyśka Kolbergera czy Mariana Glinki, z którymi lata całe dzieliłem garderobę. Albo Jana Prochyry. Jeżeli wspominamy Janka, to muszę coś opowiedzieć. Przed laty, gdy próbowaliśmy „Kubusia Fatalistę”, musiałem zwolnić się z jednej z generalnych prób do lekarza. Umówiłem się z reżyserem, Andrzejem Pawłowskim, że nie będziemy nic nikomu oficjalnie mówić, tylko będą robione sceny beze mnie, a ja dotrę jak dam radę. Gdy Janek Prochyra zorientował się, że mnie nie ma, zaczął mnie szukać. Był tak zaniepokojony i pewny, że coś mi się musiało stać, że doprowadził do wysłania do mojego domu inspicjenta, by sprawdzić, czy nie potrzeba mnie ratować. Były to jeszcze czasy, w których nie było u nas telefonów komórkowych. Na szczęście wychodzący z teatru inspicjent wpadł prosto na mnie, właśnie wchodzącego. Gdy dowiedziałem się o tym wszystkim, byłem szczerze wzruszony dobrocią i opiekuńczością Janka. Nie mogę odżałować, że już go nie ma.

- Poza występami w teatrze grał Pan także w filmach i to u bardzo znanych reżyserów: Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Kieślowskiego i Tadeusza Chmielewskiego. Jak Pan wspomina współpracę z tymi artystami?

- Znakomicie, podobnie zresztą jak i z jeszcze jednym wybitnym filmowcem, z którym zetknąłem się jednak nie na planie, ale w teatrze – mam tu na myśli Kazimierza Kutza. Najbliższy był mi Tadek Chmielewski. Szkoda, że ciężkie kłopoty zdrowotne sprawiły, że tak wcześnie przestał reżyserować i ograniczył się do bycia producentem. Nakręciłem z nim cztery filmy, wśród nich trzy komedie – „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, „Nie lubię poniedziałku” i „Wiosna, panie sierżancie” – oraz mroczny kryminał „Wśród nocnej ciszy”. Za każdym razem było przemiło, bo Tadeusz nie denerwował się, spokojnie robił swoje i na planie u niego zawsze panowała wspaniała atmosfera. Niestety, jego także nie ma już wśród nas.

- Zaczynał Pan pracę grając z aktorami jeszcze przedwojennymi, takimi jak żona Stefana Jaracza – Jadwiga Jaraczowa, jego córka Anna Jaraczówna, Jacek Woszczerowicz czy Jerzy Śliwiński. A dziś gra Pan ze współczesnymi gwiazdami – z Magdaleną Schejbal, Agatą Kuleszą, Emilią Komarnicką, Tomaszem Schuchardtem, Dariuszem Wnukiem, Marcinem Dorocińskim… Czuje Pan, jakby Pana osoba łączyła pokolenia?

- Nie umiem odpowiedzieć na takie pytanie. Ale za to mogę nie bez zadowolenia przyznać, że młodzi aktorzy zawsze szybko mnie akceptują i czuję się świetnie w ich gronie. Najmocniej poczułem to idąc na pierwszą próbę do Teatru Polskiego. Szedłem na nieco miękkich nogach, bo wiedziałem, że dyrektor Seweryn znacząco odmłodził zespół, poza tym Teatr Polski to wielki gmach, a ja przyzwyczajony jestem do małego, kameralnego Ateneum… Tymczasem młoda obsada najpierw „Zemsty”, a potem „Króla Leara” szybko mnie polubiła i zacząłem się czuć w tych wielkich salach prób na Karasia bardzo swojsko.

- A jak czuje się Pan jako mąż sex-bomby polskiego kina, Katarzyny Figury, którego gra Pan w Teatrze Scena Prezentacje w przedstawieniu „Lady Oscar”?

- Bardzo dobrze! Wielu kolegów ostrzegało mnie, że Kaśka to gwiazda z właściwymi gwieździe humorami, tymczasem niczego takiego nie odczułem. Już na pierwszej próbie przeszliśmy na „ty”, a dalsza współpraca ułożyła się świetnie. Skoro już wspomnieliśmy o tym teatrze, to drugim ważnym artystą, z którym się tam zetknąłem, jest Ignacy Gogolewski. Gram z nim w przedstawieniu „Diabeł w purpurze”. Znałem Inka prywatnie całe lata, ale jakoś nigdy nie zdarzyło nam się razem pracować. Strasznie żałuję, że Teatr Scena Prezentacje stał się „bezdomny” i na dobrą sprawę przestaje istnieć na naszych oczach.

- Jest Pan aktorem doskonale znanym także z dubbingu. Homnibus w „Smerfach”, Panoramiks w kolejnych odsłonach przygód Asteriksa czy Dowódca mrówek w „Pszczółce Mai” mówili Pana głosem…

- I z tej ostatniej roli jakoś najbardziej jestem pamiętany, bo zdarzyło mi się nawet, że dzieci na mój widok wykrzykiwały „i raz, i dwa, i raz, i dwa, i raz, i dwa” – a to jest właśnie moja najbardziej znana kwestia z „Pszczółki Mai”. Jakim cudem rozpoznały mnie, skoro znały tylko mój głos, pozostanie już ich tajemnicą. Podkładałem też głos w kreskówce „Zwierzęta z zielonego lasu”, którą bardzo lubiłem. A skoro już o tym mówimy, to chcę powiedzieć, że wszystkie te kreskówki były przyjazne i ciepłe, choć np. w „Smerfach” też przecież przemocy nie brakowało, by wspomnieć choćby Gargamela. Ale mimo to nie powodowały one, że dzieci miały drgawki, jak po dzisiejszych animacjach.

- Od dawna mieszka Pan na Powiślu, w bezpośrednim sąsiedztwie Teatru Ateneum. To właśnie dlatego wybrał Pan tę okolicę?

- Trafił Pan. Naprawdę tak było. Gdy po wielu perypetiach, bo za komuny sprawy mieszkaniowe załatwiało się w ciężkich mękach, okazało się, że mogę mieć z domu kwadrans pieszo do pracy, nie zastanawiałem się ani chwili. Tak minęło mi na Powiślu już ponad 40 lat. Choć głębokie wykopy pod podziemne garaże sprawiają, że usycha tu coraz więcej drzew, Powiśle to nadal przepiękna okolica. I mam nadzieję, że pomimo tych wszystkich budów dookoła – nadal tak pozostanie.

Rozmawiał Rafał Dajbor

 

60 lat pracy artystycznej to nic nadzwyczajnego. Rozmowa z Henrykiem Łapińskim komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na wio.waw.pl





Wywiady, - więcej informacji