5°C lekkie zachmurzenie

Dochodzenie do celu cenię wyżej niż sam cel. Z Izabellą Bukowską-Chądzyńską rozmawia Rafał Dajbor

Wywiady, Dochodzenie cenię wyżej Izabellą Bukowską Chądzyńską rozmawia Rafał Dajbor - zdjęcie, fotografia

- Kim jest grana przez Panią w serialu mecenas Lena Barska?

- Mam nadzieję, że każdy z widzów sam sobie na to pytanie odpowie i ma swój własny odbiór pani adwokat, którą gram w serialu. W moich oczach pani mecenas to kobieta po przejściach, mająca dwójkę dorosłych dzieci, ale mimo że sama ma za sobą niełatwe chwile, takie jak np. rozwód, wciąż spełnia się w pomaganiu innym ludziom w ich trudnych sytuacjach. To ktoś, kto kieruje się wewnętrzną dobrocią i mądrością po to, by i siebie i swoich klientów przeprowadzać przez trudne życiowe sytuacje.

- Czy główna rola w serialu o takiej tematyce wzbogaciła Pani własną wiedzę na tematy prawnicze?

- Oczywiście! Gdy pierwszy raz czytałam scenariusze kolejnych odcinków, to dialogi trochę mnie przerażały, tyle w nich było terminologii prawniczej, która wtedy brzmiała dla mnie jak jakaś niezrozumiała „mowa-trawa”. Ale w trakcie uczenia się tekstu i z biegiem kolejnych dni zdjęciowych zaczęłam się w tym wszystkim coraz lepiej orientować, a teraz to nawet koledzy żartują, że może po skończeniu serialu pójdę na jakąś aplikację (śmiech). Serial „Mecenas Lena Barska” nauczył mnie dużego szacunku do adwokatów. Ludzi, którzy decydują się na długie i trudne studia, którzy uczą się tych wszystkich kodeksów i paragrafów, a następnie wykonują pracę polegającą na pomocy ludziom w kłopotach. Ten zawód niby jest szanowany, ale uważam, że nieraz umyka z powszechnej świadomości, jak wielkiej wewnętrznej odpowiedzialności i odporności na pewne pokusy wymaga on od kogoś, kto się na niego decyduje.

- A czy coś w postaci Leny Barskiej sprawiło pani trudność?

- Poza początkowym „mocowaniem się” z prawniczym językiem – nic. Gdy poszłam na zdjęcia próbne i dowiedziałam się, że bohaterka ma mieć na imię Lena, tak jak moja córeczka, pierwszy raz przeszło mi przez myśl: „a może to naprawdę rola dla mnie”? Potem była radość z wygranego castingu. Później zaś, czytając i grając kolejne sceny, miałam poczucie, jakby ta postać była pisana z myślą o mnie. Nie czułam żadnych trudności, a wręcz przeciwnie, miałam poczucie, że gram coś, w czym się idealnie odnajduję.

- Pierwszy sezon „Mecenas Leny Barskiej” już na ekranach. Czy będzie kolejny?

- Bardzo bym chciała, bo przy realizacji tego serialu spotkała się grupa fantastycznych ludzi. Zarówno zespół aktorski, jak i realizacyjny składał się z osób, u których czuło się pasję i to, że zależy im na tym, co robią. Ale to wszystko zależy od decyzji, jakie podejmie szefostwo stacji telewizyjnej wyświetlającej nasz serial. Jestem jednak dobrej myśli, bo odbieram bardzo pozytywne sygnały na temat serialu. Na ulicy, a czasem i w szkole, do której odprowadzam dzieci.

- Jako studentka szkoły teatralnej otrzymała Pani dwie nagrody. Czy takie wyróżnienie na samym początku zawodowej drogi uskrzydliło Panią, czy wręcz przeciwnie? Czasem taka nagroda na samym początku może być zbyt wysokim ustawieniem poprzeczki i powodować później rozczarowanie…

- Nigdy nie myślałam o tych nagrodach jako o powodzie do jakichś późniejszych rozczarowań! Gdy przyszłam do szkoły teatralnej miałam poczucie, że choć mam zdolności, to nie radzę sobie tak dobrze, jak inni koledzy. Początek studiów aktorskich był dla mnie trudny i musiałam włożyć dużo wysiłku, by jakoś sobie to wszystko poukładać. Nagrody, które otrzymałam w studenckich czasach bardzo mnie uskrzydliły i pokazały, że praca którą wykonałam nie poszła na marne. Że obrałam słuszną, dobrą drogę. Dla mnie w ogóle najważniejsza jest droga. Oczywiście, ważny jest też efekt, ale tak już mam, że dochodzenie do celu cenię wyżej, niż sam cel.

- Ma Pani imponujący wręcz dorobek w Teatrze Polskiego Radia. Wydaje się, że granie w radiu jest chyba bardzo trudne. Bo jak pokazać postać, gdy jest się „ogołoconym” z tego, co wydaje się z aktorem nierozerwalnie związane, czyli z cielesności. Gdy zostaje sam głos…

- Ma pan rację. Moim zdaniem stanięcie przed mikrofonem jest trudniejsze niż np. stanięcie przed kamerą. W radiu aktor musi samym głosem przekazać zarówno charakter postaci, jak i jej intencje. Jednak jest to jednocześnie niesamowita frajda i zabawa. I jeszcze coś – dysponując tylko głosem, w radiu, ale także w dubbingu mogę zagrać postać, w której nikt by mnie nigdy w teatrze czy w filmie nie obsadził. Np. gdyby ktoś chciał zrobić ze mnie starą, dziwną szamankę, to na scenie czy ekranie wyglądałoby to fałszywie. A tymczasem w dubbingu zdarzyło mi się już taką rolę grać. Podobnie jest ze śpiewaniem piosenek. Tu także, choć wykonawcę piosenki widać na scenie czy estradzie, to wszystko na dobrą sprawę trzeba przekazać za pomocą ekspresji głosu.

- Jest Pani tuż po premierze przedstawienia „Marlena. Ostatni koncert” w Teatrze Polskim. W jednej z recenzji można przeczytać, że powstało ono z Pani inspiracji. Na czym ta inspiracja polegała?

- To długa historia i ważna część mojego życia. W 2000 roku uczestniczyłam w sesji zdjęciowej w stylu retro. Ku swojemu zdziwieniu, zupełnie w ten sposób się nie stylizując, wyszłam na niektórych zdjęciach jak Marlena Dietrich. Jedna z koleżanek widząc te zdjęcia powiedziała, że powinnam zrobić spektakl o Marlenie. Ale wtedy nie wzięłam tych słów na poważnie. Minęło 13 lat – i nagle zgłosił się do mnie organizator proponując koncert i sugerując, że najlepiej by było, abym zaśpiewała piosenki z repertuaru Marleny Dietrich. Pomyślałam – czemu nie! Ostatecznie koncert nie powstał, powstał za to spektakl zatytułowany „Przed państwem Marlena Dietrich”. Autorką scenariusza i reżyserem była Alicja Choińska, opracowanie muzyczne zaś przygotował Zbigniew Rymarz, który miał okazję osobiście poznać Marlenę Dietrich i porozmawiać z nią w samolocie podczas lotu z Paryża do Berlina. Towarzyszył mi Adam Biedrzycki, który wcielał się w różnych mężczyzn z życia gwiazdy. Był to spektakl o aktorce, kobiecie, matce, o jej słabościach i sile, także o dziwactwach. Bo nie wszyscy wiedzą, że Marlena Dietrich miała na przykład natręctwo na tle sprzątania podłogi. Przychodziła do przyjaciół i gdy na moment zostawała sama – zabierała się za czyszczenie posadzki.

- A w jaki sposób ta „marlenowa” historia znalazła się w Teatrze Polskim?

- Przyszedł moment, w którym zapragnęłam, by Marlena Dietrich zagościła w moim macierzystym teatrze. Pokazałam ten projekt dyrektorowi Andrzejowi Sewerynowi, któremu bardzo się on spodobał, chciał jednak, by zrobić z tego spektakl stricte aktorski, mający ponadto odniesienia do współczesności. Pokazujący bycie w blasku – i jednocześnie gorycz zapomnienia. Stąd w spektaklu dwie Marleny – ja jako młoda, uwielbiana gwiazda oraz Grażyna Barszczewska w roli Marleny Dietrich z czasów, w których nie wychodziła już ze swojego paryskiego mieszkania w przekonaniu, że jej obecny wizerunek nie pasuje do stworzonego wcześniej mitu. Ponadto grają: Afrodyta Weselak jako Norma, sekretarka spisująca życiorys Marleny oraz Tomasz Błasiak w roli różnych mężczyzn z życia Marleny Dietrich – von Sternberga, Remarque’a, Cybulskiego. A także w roli drag queen z lat 30. Bo nie wszyscy wiedzą, że to wcale nie wymysł naszych czasów. W latach międzywojennych w kabaretach także były drag queen, a występujący tak mężczyźni pokazywali się w rolach ówczesnych kobiecych gwiazd. Również w roli Marleny Dietrich. W ten sposób mam w repertuarze dwa przedstawienia o Marlenie. Jedno do grania np. w domach kultury i drugie – na scenie Teatru Polskiego.

- Ma Pani niezwykle bogaty dorobek teatralny i… znacznie mniejszy filmowy. To Pani wybór?

- Niestety, nie. Kocham aktorstwo za to, że ten zawód daje tyle możliwości. Teatr, film, telewizja, radio, dubbing, koncerty, estrada, piosenka, bajki, audiobooki… Marzeniem każdego aktora jest, by w każdej z tych dziedzin wiodło się możliwie jak najlepiej. Muszę przyznać, że do tej pory scena i mikrofon bardzo mnie kochały, ale jeśli chodzi o kamerę, to bardzo bym chciała pojawiać się przed nią znacznie częściej. Także dlatego, że kamera sprawia cud: zatrzymuje i upamiętnia pracę aktora. Spektakl znika wraz z zapadnięciem kurtyny, bezpowrotnie. A to, co zagrane przed kamerą – zostaje.

- Czyli jak rozumiem życzyłaby Pani sobie, aby główna rola w serialu „Mecenas Lena Barska” pociągnęła za sobą kolejne propozycje filmowe?

- Zdecydowanie tak!

- Tego więc Pani życzę.

           

Dochodzenie do celu cenię wyżej niż sam cel. Z Izabellą Bukowską-Chądzyńską rozmawia Rafał Dajbor komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na wio.waw.pl