3°C rozproszone chmury

W Warszawie jest mój dom i serce. Ze Sławomirem Hollandem rozmawia Rafał Dajbor

Wywiady, Warszawie serce Sławomirem Hollandem rozmawia Rafał Dajbor - zdjęcie, fotografia

- Rozmawiamy w Teatrze Ateneum podczas przedstawienia „Kolacja dla głupca”. Dla wielu nieznających teatralnych realiów czytelników może to być zaskoczeniem, że aktor udziela wywiadu w trakcie spektaklu i po chwili wychodzi na scenę i jest kimś innym…

- Powinienem może powiedzieć – aby utrzymać wokół teatru nimb tajemniczości – iż aktor przez całe przedstawienie jest skupiony i żyje tylko spektaklem. Ale prawda jest taka, że pomiędzy wejściami na scenę rozmawiamy ze sobą prywatnie, czasem żartujemy. Natomiast gdy przychodzi moment wejścia, to koncentrujemy się. Przynajmniej ja się staram, by nie kończyć prywatnej rozmowy na chwilę przed swoim wejściem. W „Kolacji dla głupca” mam jedną scenę na początku przedstawienia, potem godzinną przerwę i następnie drugą scenę, w której mnie słychać, ale nie widać, bo to rozmowa telefoniczna którą gram z offu, czyli zza kulis. Gdybym miał kilka wejść co kilka minut lub gdybym grał wiodącą rolę – nie rozmawialibyśmy podczas trwania przedstawienia.

- Jest Pan aktorem znanym nie tylko z wieloobsadowych przedstawień, ale i z monodramów. Co sprawiło, że zdecydował się Pan na Teatr Jednego Aktora?

- Występowałem w Teatrze Ateneum, z tym, że nie tak jak teraz, gościnnie, ale jako członek zespołu. Doszło do sytuacji, w której musiałem się zawodowo rozstać z kierującą Ateneum panią Dyrektor i z Zespołem. Zostałem bez etatu. Nadal czułem się (i wciąż się czuję, chciałbym, by to wybrzmiało) związany z Teatrem Ateneum, ale postanowiłem zrobić coś, co by zależało ode mnie, by nie być aktorem zdanym tylko na propozycje z zewnątrz. Wciąż grałem w serialach i filmach, ale nie występowałem tam w głównych rolach, więc pomyślałem, że zamiast czekać na „telefon z Hollywood”, lepiej zrobić coś swojego. Monodram był dla mnie nowością, bo choć miałem w dorobku kameralne przedstawienie z Włodzimierzem Nahornym i Bogdanem Misiewiczem („Jesienny wieczór” Dürrenmatta) czy też „Emigrantów” Mrożka w duecie z Jerzym Zygmuntem Nowakiem, to jednak prawdziwego monodramu nie robiłem. Bałem się. Jednak życie przymusiło mnie do odwagi. Pomógł mi w tym Jacek Bursztynowicz, który zainteresował mnie tekstami z dwudziestolecia międzywojennego, napisał do nich słowo wiążące i tak powstał pierwszy mój monodram, czyli „Nic nowego pod słońcem” z tekstami Oskara Kanitza, Benedykta Hertza, Juliana Tuwima, Jerzego Jurandota, Mariana Hemara, Bolesława Leśmiana, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i innych. Miałem wtedy 52 lata, więc był to nieco późny debiut (śmiech). Obecnie mam w swoim repertuarze trzy monodramy. W repertuarze – co oznacza, że każdy z nich jestem w stanie w każdej chwili zagrać. W planach mam jeszcze dwa nowe projekty.

- Publiczność zna Pana także z seriali. Najbardziej chyba jest Pan związany z „M jak miłość”, w którym gra Pan od początku istnienia tego serialu.

- Konkretnie – od piętnastego odcinka. Rzeczywiście, choć grałem w wielu serialach, to „M jak miłość” jest dla mnie tytułem szczególnym. Występuję w nim już od siedemnastu lat, a widzowie najczęściej kojarzą mnie właśnie z tym tytułem. Wiem, że wielu kolegów – aktorów i reżyserów różnie patrzy na występowanie w serialach i na popularność, którą one dają. Ja jednak granie w „M jak miłość” doceniam i bardzo się cieszę, że wątek mojego policjanta Staszka ostatnio ładnie się rozwija i coraz częściej jestem zapraszany na plan. Choć muszę wspomnieć także o „Ojcu Mateuszu”. Tam z kolei gram lekarza i tę rolę także lubię i cenię.

- Lekarski kitel nosi Pan też w całkiem nowym serialu zatytułowanym „Diagnoza”…

- Gram tam doktora Makowskiego, neurologa. Serial rzeczywiście jest zupełnie nowy i mam nadzieję, że moja postać, która jak na razie zaistniała w kilku odcinkach, będzie się rozwijała. Podobnie jak i cały serial, któremu życzę długiego żywota, bo zapowiada się naprawdę interesująco.

- Z kolei w filmie „Sztuka kochania”, serialu „Aida” i Teatrze Telewizji „Totus Tuus” wdziewał Pan na siebie szaty duchowne – księże i biskupie. Jak czuje się osoba świecka ubrana w takie odzienie?

- Te szaty są ciężkie! Księże trochę lżejsze, biskupie nieco cięższe, ale ogólnie – ciężkie (śmiech). Gdy gra się osobę duchowną, to postać ta na ogół z założenia mówi nieco innym językiem, bo język Kościoła jest odmienny i oczekuje się od aktora wniesienia specyficznej atmosfery. Strój księdza czy biskupa to dla mnie tak naprawdę taki sam kostium jak każdy inny. Choć muszę zauważyć, że reżyserzy szczególnie chętnie widzą mnie w różnych uniformach – a to w mundurze policjanta, a to lekarskim kitlu, a to w księżowskiej sutannie, a to w sędziowskiej todze. Nie żebym na to narzekał, ale z chęcią zagrałbym jakiegoś cywila!

- Pana filmografia jest bardzo bogata, są w niej role w filmach uważanych za kultowe, takich jak np. „Rozmowy kontrolowane” czy „Dzień świra”. Nie odmawia Pan epizodów. Co sprawia, że decyduje się Pan daną rolę zagrać lub odrzucić?

- Odrzuciłem w całym moim zawodowym życiu naprawdę niewiele propozycji. Uważam bowiem, że mogę odmawiać małych ról i całe życie czekać na tę jedną wielką – po czym nigdy jej nie dostać. Ponadto aktor, który długo nie gra, wypada z zawodowej gotowości i gdy w końcu znajdzie się ta jego wymarzona główna rola, może jej zwyczajnie nie sprostać. Są też role, których nie sposób odmówić – bo jak odrzucić propozycję od Stevena Spielberga, który po trzyetapowych zdjęciach próbnych obsadza mnie w „Liście Schindlera” i proponuje siedem dni zdjęciowych? Chyba nie ma takiego aktora, który w tym momencie stwierdziłby, że nie zagra, bo rola jest „za mała”. Z przyjemnością zagrałem także ten niewielki epizod u Marka Koterskiego w „Dniu świra”, który okazał się filmem interesującym i ważnym. Ale oczywiście bardzo bym chciał, żeby pojawił się reżyser, wskazał w scenariuszu rolę główną i powiedział: „Panie Sławku, w tej roli – to tylko pan”. Jednak aktorstwo to mój zawód i uważam, że nie ma co się obrażać, że reżyserzy widzą mnie – przynajmniej póki co – w tych mniejszych rolach. Szanuję wszystkie swoje epizody. One dają mi pracę, popularność, rozwijają mnie i utrzymują jako aktora w zawodowej gotowości. Czuję pewien niedosyt w relacjach ja-film, natomiast nie ma mowy o niedosycie w relacjach ja-teatr. Ta miłość jest absolutnie wzajemna i spełniona.

- Jest Pan urodzonym warszawiakiem. Domyślam się, że to szczególnie bliskie Panu miasto…

- Choć studiowałem we Wrocławiu, a pracowałem m.in. w Kielcach i Bydgoszczy, to zawsze czułem się warszawiakiem. Zawsze do Warszawy wracam, bo w niej jest mój dom i moje serce. Cieszę się też, że jeden z moich monodramów, a mianowicie „Josela Rakowera rozmowa z Bogiem” dotyka swoją tematyką naszego miasta, choć akurat w bardzo trudnym i bolesnym aspekcie, bo akcja dzieje się podczas powstania w getcie warszawskim. Wychowałem się na Mokotowie, a dziś moim miejscem jest Służew nad Dolinką. Doceniam piękno Żoliborza i Bielan, moja mama urodziła się na Pradze, ale jednak „moja” część Warszawy to południowa część miasta.

- A jak zapamiętał Pan Warszawę swoich lat dziecinnych? Warszawę lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku?

- Pamiętam ją zza szyb tramwaju (śmiech). Moi rodzice dużo w tym okresie pracowali, a ja latałem po mieście z kluczem na szyi. Uwielbiałem wskakiwać do tramwajów (nie zawsze miałem wtedy drobne na bilet, więc niekiedy jeździłem na gapę, do czego się ze wstydem przyznaję) i jeździć nimi po całej Warszawie. Ogromnie mnie to fascynowało.

- Warszawa bywa wciąż kojarzona z miastem żyjącym odrębnym życiem, miastem, którego mieszkańcy nie rozumieją problemów życiowych ludzi z innych części Polski…

- Kiedyś w sklepie obuwniczym w Bydgoszczy, gdzie pracowałem w teatrze im. Hieronima Konieczki, poprosiłem sprzedawcę, by starannie opakował mi buty, bo muszę je daleko zawieźć. Sprzedawca i właściciel w jednej osobie zapytał skąd jestem, a gdy odpowiedziałem, że z Warszawy – odparł: „nie widać”. Ale czy ja wiem, czy warszawiacy są zarozumiali? A może to właśnie przyjezdni po paru latach życia w Warszawie tacy się stają? Kto wie? A może to po prostu tylko sztuczne konflikty i mity? Bo co – w Krakowie, Poznaniu, Łodzi czy każdym innym mniejszym lub większym mieście nie ma zarozumialców i arogantów? Oczywiście, że są.

- Gdyby miał Pan złożyć Warszawie życzenia – to czego by jej Pan życzył?

- Tego samego, czego całemu naszemu krajowi – żebyśmy wszyscy, niezależnie od różnic w poglądach i podejściu do rzeczywistości, byli dla siebie bardziej życzliwi i umieli się wspierać i wzmacniać wzajemnie. Bardzo smucą mnie wszystkie postawy nacjonalistyczne, antysemickie i ksenofobiczne, które zabijają Człowieka w człowieku. Choć całe życie jestem kibicem piłkarskim, a w młodości coś tam nawet próbowałem samemu „kopać”, kompletnie nie pojmuję tej ślepej nienawiści między kibicami z różnych miast. Wielka Brytania jakoś sobie z tym problemem poradziła i dziś na stadiony chodzą całe rodziny. Nie rozumiem pielęgnowania tej nienawiści przez kluby, a ostatnio także przez władze. I chyba już nigdy tego nie zrozumiem. Chciałbym, byśmy wreszcie nauczyli się szanować i lubić. I tego chciałbym życzyć Polsce i Warszawie. Nam wszystkim.

Fot. Roman Małys


W Warszawie jest mój dom i serce. Ze Sławomirem Hollandem rozmawia Rafał Dajbor komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na wio.waw.pl