22°C bezchmurnie

Wydarzenia sierpniowe oczyma młodego opozycjonisty

Historia Warszawy, Wydarzenia sierpniowe oczyma młodego opozycjonisty - zdjęcie, fotografia

Nadchodzące wydarzenia 35. rocznicy wydarzeń sierpniowych są okazją do licznych uroczystości, wystąpień, artykułów, a zarazem osobistych wspomnień i  refleksji. I jak to w życiu bywa – wszystko toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy oficjalne uroczystości, wspomnienia pełne patosu, podkreślające wagę i powagę wydarzeń sierpniowych. Z drugiej pojawiają się te mniej eksponowane relacje. Te prywatne, koleżeńskie, widziane przez pryzmat jednostki, a nie przez pryzmat wydarzeń historycznych. Należę do tych szczęśliwych osób, które miały możliwość przyłożenia ręki do tego, co zapoczątkowało przemiany w Polsce. I gdy poproszono mnie o garść wspomnień z tego okresu, to na początku odmówiłem.  Ale po pewnym czasie powiedziałem sobie, że owszem, ale niech to będzie garść wspomnień pozbawiona historycznego patosu. Niech będą w nich kulisy zwykłej codziennej działalności opozycyjnej, w której elementy tragiczne przeplatały się z  humorystycznymi, a alkohol, kobiety i śpiew były istotnymi elementami powszedniego życia osób włączających się w działalność opozycyjną z środowisk młodzieżowych.
  Jako młody chłopak związałem się z redakcją  podziemnej, opozycyjnej gazety ROBOTNIK.  Zadaniem tego środowiska było wspieranie tworzenia zalążków niezależnego ruchu związkowego. Byłem tam drukarzem, redaktorem, wydawcą Biblioteki Robotnika, a w kwietniu 1980 roku powierzono mi organizowanie kas zapomogowo-pożyczkowych dla represjonowanych działaczy robotniczych. W tym celu, a także aby poprawić dystrybucję naszej gazety i broszur, w czerwcu ’80  wraz z kolegą  redakcyjnym Wojtkiem Frąckiewiczem  wybraliśmy się w podróż po Polsce. Planowaliśmy odwiedzenie współpracujących z nami środowisk  i osób.  Wyruszyliśmy autostopem z Warszawy w kierunku Radomia.  Czekając na okazję na przedmieściach Warszawy, już zaliczyliśmy kontrolę i rewizję przez ubeków.  Przezornie nie mieliśmy nic trefnego przy sobie, tak więc po kilku godzinach mogliśmy kontynuować podróż.  Pobyt w Radomiu trwał kilka dni. Udało nam się wiele osób odwiedzić i wiele rzeczy uzgodnić. Mieszkaliśmy u miejscowej liderki świata robotniczego Ewy Soból. Miłej i sympatycznej kobiety, z którą wieczorami z przyjemności prowadziliśmy światopoglądowe rozmowy. Niestety po wielu latach okazało się, że była współpracownikiem  służby bezpieczeństwa od 1977, tak jak drugi lokalny lider Leopold Gierek. 
Dalszym etapem naszej podróży była Skawina i Kraków. Tam do nas doszły wiadomości  o podwyżce cen na żywność i strajkach w Ursusie, a potem na Lubelszczyźnie.  Nasze spotkania z miejscowymi działaczami przerwała łapanka, jaką na opozycjonistów urządził lokalny aparat represji, poprzez zatrzymywanie na 48 godzin. Mieliśmy trochę szczęścia. Po zakrapianym spotkaniu z Bronkiem Wildsteinem opuściliśmy jego mieszkanie, gdzie niebawem zjawiła się służba bezpieczeństwa, wsadzając go do aresztu. Nie pamiętam już, w jaki sposób uciekł z więzienia, wywołując wściekłość  ubeków. W Krakowie rozpoczęły się  liczne aresztowania. Aby nas ochronić, koleżeństwo ze Studenckich Komitetów Solidarności (bo oprócz działalności w Robotniku byliśmy też związani z niezależnym ruchem studenckim) zamelinowało nas w jednorodzinnym domku na przedmieściach Karkowa. Przez kilka dni zabroniono nam opuszczać pomieszczenia. Nie ukrywaliśmy się tu sami. Był z nami studiujący w Krakowie warszawiak Andrzej Mietkowski. (jeden z twórców niezależnego ruchu studenckiego) oraz opiekujące się nami urocze krakowskie studentki. Co pewien czas wysyłaliśmy kogoś po flaszeczkę na metę. Dzięki temu czas mijał nam bardzo szybko i przyjemnie, a relacje z zapoznanymi osobami były coraz bardziej zażyłe. Co zresztą zaowocowało w późniejszym czasie małżeństwem mojego towarzysza podróży z  opiekującą się nami krakowianką, a ja zaskarbiłem sobie względy lublinianki. Niestety należało jechać dalej. 
Ukradkiem udaliśmy się na Górny Śląsk, ale już w trójkę. Nie ukrywam, że czuliśmy pietra.  Czuć tam było inny klimat niż Warszawie czy Krakowie. Tu nie było pobłażania dla wichrzycieli. Chociaż już na dworcu w Gliwicach zauważyliśmy dyskretną obserwacje przez funkcjonariuszy SB, to jednak bez problemów udało nam się spotkać z osobami, które były celem naszej podróży. Ten nasz bezproblemowy pobyt na Śląsku nie był przypadkowy. Po wielu latach okazało się, że były górnik Andrzej Spyra, współpracujący z nami, okazał się wtyczką służby bezpieczeństwa. W efekcie osoby, które z nim skontaktowaliśmy, dotknęły w późniejszym czasie rewizje, rozmowy profilaktyczne i szykany.
Po Górnym Śląsku naszym celem był Wrocław,  gdzie się rozdzieliliśmy. Ja pojechałem do Lubina, a Wojtek z koleżanką do Szczecina. Potem mieliśmy spotkać się w Trójmieście. Rozlewająca się fala strajków lipcowych spowodowała, że zaniechałem dalszego objazdu i wróciłem do Warszawy. Miałem przeczucie, że będę tu bardzo potrzebny.  Od tej chwili aż po 1 września nie zaznałem dnia odpoczynku, sypiając dziennie po kilka godzin. Było ogromne zapotrzebowanie na kolejne numery Robotnika oraz ulotki strajkowe. Trzeba było organizować  dodatkowe ekipy drukarskie, kolporterów i kurierów, a był to przecież okres wakacyjny, gdzie młodzież rozjechała się po kraju. W okresie lipca i sierpnia nakłady dwutygodnika Robotnik z 20 tys. dochodziły do 60-70 tys. I jak to bywało w tym zwariowanym okresie, oprócz ciężkiej pracy i spadających represji, pojawiały się humorystyczne sytuacje, które po latach najlepiej się pamięta. 
Pamiętam, jak Helenka Łuczywo wpadła do mnie z prośbą, abym natychmiast pojechał do Łodzi zawieźć dokumenty dotyczące strajku na Wybrzeżu. Doszły nas słuchy, że władze komunistyczne przygotowują się do zbrojnego spacyfikowania stoczni. Chcieliśmy namówić liderów wcześniejszego, lipcowego, generalnego strajku na Lubelszczyźnie, aby w wypadku siłowego rozwiązania strajków na Wybrzeżu wywołali strajk solidarnościowy. Ponieważ osobą, która znała to środowisko, była dziewczyną członka KOR-u z Łodzi Józka Śreniowskiego, należało dostarczyć jej materiały i poprosić o wyjazd w Lubelskie. Niestety odmówiłem Helence, tłumacząc, że jestem umówiony na drukowanie ulotek strajkowych, a poza tym przyjeżdża do mnie dziewczyna z Lubelskiego i muszę ją odebrać.  Wtedy Helenka popatrzyła na mego młodszego brata, który przed chwilą wszedł do domu, i powiedziała: „Boguś, to może ty pojedziesz?  Masz pieniądze, adres, materiały.  Bierz taksówkę i ruszaj natychmiast”. Mój brat oczywiście się zgodził i tak się tym przejął, że wypadł z domu jak burza.  Wrócił po paru godzinach. Dotarł tam, gdzie trzeba, ale zapomniał wziąć z sobą teczki z dokumentami strajkowymi. Nie pozostało nic innego, jak namówić mojego blisko mieszkającego kolegę Marka Borowika (działacza opozycji, jednego z szefów NOW-ej), posiadającego samochód Fiat 126, aby w środku nocy ze mną i  przybyłą do mnie koleżanką z Lubelskiego zawiózł nas do członka KOR-u z Lublina Wojtka Onyszkiewicza. Zakładaliśmy, że też powinien mieć kontakty z lubelskimi działaczami robotniczymi.  
W trakcje jazdy kilkukrotnie patrole milicji zatrzymywały nas, sprawdzając samochód i dokumenty. Na pytania: „Gdzie i po co jedziemy?” odpowiadałem, że kolega wiezie nas na zapowiedzi. Być może było to wiarygodne i dawano nam spokój. Dotarliśmy, przekazaliśmy niezbędne dokumenty i na szczęście nie było konieczności wzniecania strajku solidarnościowego. Po powrocie myślałem, że chociaż kilka chwil spędzę ze swoją sympatią, ale niestety nie było to mi dane przez najbliższych kilka dni. W czasie podróży koleżanka lekko się przeziębiła, a ja zamiast ją  po powrocie podkurować, wysłałem ją z dokumentami do członka KOR-u prof. Jan Kielanowskiego, gdzie wdepnęła w rewizję. Ponieważ esbecy założyli w mieszkaniu profesora kocioł, przesiedziała tam kilkanaście godzin. Na szczęście esbecy byli dla niej łaskawi, a profesor cały czas ją kurował różnymi lekarstwami. Gdy wreszcie dotarła do mnie, byłem święcie przekonany, że wreszcie tę noc spędzimy razem. Niestety gdy ledwo położyliśmy się do łóżka, gdzieś koło pierwszej w nocy wpadł mój przyjaciel. Ten sam, który wiózł mnie do Lublina, i mówi: „Witek, wstawaj idziemy drukować ulotki dla Ursusa. Jutro z rana rozpoczynają strajk i musimy je im dostarczyć”. No cóż, nie mogłem odmówić, ale pod nosem marudziłem, że to kolejna noc jak się przymierzam do swojej sympatii i nic z tego, a ona następnego dnia wyjeżdża. 
O takich tragiczno-humorystycznych momentach można by jeszcze wiele mówić. Nie zapomnę, jak po sierpniowych aresztowaniach liderów opozycji zorganizowany został tajny, centralny punkt wymiany informacji i dowodzenia. Było to w mieszkaniu na Stegnach w jednym z wieżowców. Staraliśmy się dochowywać wszelkich znamion konspiracji, co doprowadziło do pośpiesznej likwidacji tego punktu. A było to tak, że jeden z kurierów po dostarczeniu dokumentów wsiadł do swojego Poloneza i na wszelki wypadek zaczął krążyć dokoła tego wieżowca, aby się zorientować, czy przypadkiem nie ma obstawy.  W tym czasie z okien naszego konspiracyjnego lokalu zauważono jeżdżący dookoła samochód. Wydawało  się, że to samochód bezpieki, która wpadła na nasz trop. W tej sytuacji postanowiono jak najszybciej ewakuować wszystkich zgromadzonych w nim działaczy i zlikwidować lokal. 
Inne humorystyczne wydarzenie to to, gdy jeden z czołowych działaczy Antoni Macierewicz, ukrył się w mieszkaniu sąsiadów, gdy zauważył, że esbecy obstawiają dom i prawdopodobnie idą go aresztować. Ten blok, znajdujący się na ówczesnym Żoliborzu przy Podleśnej, posiadał kilkanaście pięter i miał sto-kilkadziesiąt mieszkań. Tak więc służba bezpieczeństwa nie zdecydowało się na rewizje wszystkich lokali. Koledzy dowiedzieli się, gdzie Antek się ukrywa i należało go stamtąd wydostać. Pomysł był prosty. Został przebrany za kobietę i wyprowadzony. Ponoć po umalowaniu i przebraniu w kobiece ciuchy wyglądał jak superatrakcyjna laska, a ubecy, którzy obstawili dom, wodzili za nim wzrokiem pełnym pożądania, gdy ich mijał. Na szczęście ten najtrudniejszy okres końcówki sierpnia szybko się skończył i nastały dni euforii. Dla mnie oznaczało to kilkanaście wolnych dni, które wykorzystałem na odwiedzenie znajomych w Lublinie i spędzenie bezstresowo kilku dni z moją lubelską sympatią.
Witold Sielewicz

Fot: zbiory Bogdana Bujaka, z książki Ursus w latach 1980-1989. Gdy chcieliśmy być wolni.

Wydarzenia sierpniowe oczyma młodego opozycjonisty komentarze opinie

  • gość 2015-08-31 22:02:40

    Fascynująca historia. Czyta się o wiele przyjemniej (o ile można tak powiedzieć o tamtym okresie) w porównaniu do oficjalnych relacji. Pozdrowienia z Gdańska

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na wio.waw.pl