6°C rozproszone chmury

Jaka będzie stolica po kilkunastu latach rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz

Wybory samorządowe 2018, będzie stolica kilkunastu latach rządów Hanny Gronkiewicz Waltz - zdjęcie, fotografia

Giełda nazwisk jeśli chodzi o prezydenturę stolicy ma znaczenie drugorzędne. Po latach międzypartyjnego ping-ponga, gdy spierały się tu PO z PiS, a nie konkurowały projekty i wizje – albo wygra kandydat z charyzmą, albo Warszawa straci kolejne czterolecie na wojnę plemienną, obojętną większości mieszkańców.  

Winston Churchill jak wiadomo wygrał wojnę światową, ale szybko przegrał demokratyczne wybory. Dlatego nawet jeśli niezależni samorządowcy mają dziś bezsporny powód do satysfakcji, bo ich opór zniweczył plany administracyjnego rozszerzenia stolicy przez PiS, mające na celu zapewnienie rządzącej krajem partii dominacji również w Warszawie – powinni o losie brytyjskiego premiera pamiętać. Zamiast fanfar zwycięstwa – bardziej roztropne wydaje się podtrzymywanie więzi z mieszkańcami, którzy w referendach – wbrew potocznym opiniom o niskiej frekwencji jako nieuniknionym następstwie znużenia obywateli polityką – zastopowali centralizacyjne plany. 

Zgodnie z wykładnią byłego prezydenta stolicy Pawła Piskorskiego – z chwilą zakończenia jednej kampanii trzeba już myśleć o następnej. Pamiętamy, jak przed czterema laty niezależni samorządowcy z MWS na czele doprowadzili do referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz, wbrew zgodnemu sceptycyzmowi działaczy PiS i PO, z góry wiedzących lepiej, że podpisów nie uda się zabrać. To samorządowcy spoza mainstreamu zdominowanego przez aparaty partyjne publicznie postawili wówczas pytania, które dziś zadaje sobie każdy telewidz oglądający relacje z komisji reprywatyzacyjnej. 
Nie udało się tej siły zachować do wyborów, chociaż już wówczas sondaże wskazywały, że nawet co trzeci mieszkaniec gotów jest poprzeć niezależne komitety, a nie partyjne listy. Miejsce Piotra Guziała na podium stołecznych wyborów prezydenckich, ani poparcie dla niego 9 proc warszawiaków nie zmieniły faktu, że w najważniejszym mieście kraju walka o ratusz rozstrzygnęła się między PO a PiS. Zaś Hanna Gronkiewicz-Waltz wygrała z Jackiem Sasinem nie za sprawą przejrzystości swoich rządów w Warszawie, lecz dlatego, że w kandydacie PiS większość warszawiaków dostrzegła kolejnego królika, wyciągniętego z kapelusza Jarosława Kaczyńskiego. 

Warszawa zasługuje na więcej, niż bycie poligonem dla manewrów dwóch największych partii. Referenda w miejscowościach podwarszawskich w których obywatele zawstydzili aparatczyków rządzącej formacji, podobnie jak społeczne oburzenie krzywdami i nadużyciami reprywatyzacyjnymi, wreszcie weto Andrzeja Dudy do wrogiej samorządom ustawy o izbach obrachunkowych – te przesłanki pokazują, że w 2018 r. w Warszawie może dziać się lepiej, niż w ostatnich głosowaniach, kiedy to w barwach Platformy Hanna Gronkiewicz-Waltz pokonywała kolejnych kandydatów PiS: Kazimierza Marcinkiewicza (2006), Czesława Bieleckiego (2010) i Jacka Sasina (2014). Jeśli nie teraz to kiedy – chciałoby się zapytać. Dyskredytacja Platformy w Warszawie (afera reprywatyzacyjna, koalicyjny kontredans w dzielnicach) spotyka się bowiem z podobną kompromitacją PiS w skali całego kraju (walka z niezależnymi instytucjami w tym z samorządem, syndrom Misiewiczów i kolejna wojna na górze). Węzeł gordyjski w ten sposób wytworzony przeciąć mogą tylko niezależni samorządowcy. Giełda nazwisk tylko to potwierdza… 

Wśród kandydatów Platformy do sukcesji po HGW pojawiają się najczęściej nazwiska Andrzeja Halickiego, który w dniu rozwiązania PZPR stał pod Salą Kongresową z NZS-owskim transparentem „komuniści sracze czyścić”, potem zaś rzecznikował Kongresowi Liberalno-Demokratycznemu i przez parę kadencji reprezentował PO w Sejmie – oraz Rafała Trzaskowskiego, byłego eurodeputowanego, chwalącego się poparciem luminarzy kultury, ale nie wychodzącego z roli celebryty „znanego z tego, że jest znany”. Spośród ludzi PiS największe szanse wydaje się mieć młody poseł z komisji ds. Amber Gold Jarosław Krajewski, człowiek nawet uprzejmy, ale użycie wobec niego słowa „charyzma” wydaje się okrutną ironią. Nie są to kandydaci, zdolni porwać warszawiaków ani wyprowadzić wystawiające ich partie z logiki wojny plemiennej i wzajemnego wyzywania się od lemingów i moherów w kierunku licytacji najlepszych pomysłów na Warszawę. Mózg Nowoczesnej Paweł Rabiej albo niespożyty rzecznik PSL Jakub Stefaniak odniosą sukces, jeśli zanotują wynik na poziomie sondażowego poparcia macierzystych ugrupowań. Kogo zaś nie wystawi SLD, tego głos i tak nie przebije się przez hejterską paplaninę Magdaleny Ogórek. Potencjalni pretendenci z Kukiz’15 Stanisław Tyszka i Marek Jakubiak z powodu hiperaktywności w mediach, wynikającej z „krótkiej ławki” ich ugrupowania, kojarzeni są z Sejmem, co w chętnie protestującej pod gmachem na Wiejskiej stolicy… stanowi kiepską rekomendację. 

Rzut oka na tę listę wskazuje, że powracamy do punktu wyjścia i zapytania – jeśli nie niezależni, to kto… Trudniej dziś wskazać kandydata, łatwiej określić, gdzie go szukać. Na pewno są go w stanie wyłonić środowiska prawicy ideowej (Marek Jurek, Marian Piłka, Piotr Strzembosz), demokraci spoza głównego nurtu (mam na myśli Pawła Piskorskiego, Andrzeja Potockiego czy Jana Artymowskiego), zaś wynik Piotra Guziała sprzed trzech lat każe sensownie rozważyć jego przyszłą rolę. W doborze paradoksalnie jest w stanie dopomóc… sam PiS, jeśli spróbuje majstrować przy ordynacji wyborczej – bo wtedy liderem stanie się ten, kto najszybciej zorganizuje obywateli przeciw antydemokratycznym praktykom.  

O wzroście gospodarczym nie decydują maklerzy, bukmacherzy nie przesądzają o wyniku piłkarskich mundiali, ani autorzy sondaży – o wynikach głosowań. Giełdy nazwisk bywają zawodne, bo kto na rok przed ostatnimi wyborami prezydenckimi w kraju wskazywał Andrzeja Dudę? Jeśli zaś rozbrat między prezydentem a „prezesem wszystkich prezesów”, spowodowany dwoma wetami zatapiającymi okręty flagowe tandemu Szydło-Ziobro, będzie się pogłębiał – być może „duży Pałac” włączy się mniej lub bardziej dyskretnie w casting na niezależnego gospodarza stolicy, zwłaszcza gdyby kandydatem PiS miał zostać znów polityk formatu Sasina… Trudno przecież uwierzyć, że Dudzie do budowania własnego obozu wystarczy armia Kukiza…      

Wybory w wielkim mieście rządzą się własną logiką. Andrzej Olechowski, który w 2000 r. w głosowaniu na prezydenta kraju przegrał tylko z Aleksandrem Kwaśniewskim i odesłał do lamusa historii Mariana Krzaklewskiego – dwa lata później w Warszawie nie wszedł nawet do drugiej tury. Walkę o magistrat w Krakowie przegrywali mocni w krajowej polityce Zbigniew Ziobro i Jan Rokita, zaś we Wrocławiu – bohater „Solidarności” Władysław Frasyniuk. 

Misją kandydata niezależnego – jeśli ma odegrać ozdrowieńczą rolę w stołecznym samorządzie – stać się powinno wyjście poza giełdę nazwisk i politykierskie rozważania, kogo poprzeć w drugiej turze. Bo niby po co obywatele mają głosować na osobnika, który z góry zakłada przegraną... Przesłaniem niezależnego pretendenta może stać się przywrócenie powagi w warszawskiej polityce – skoro o powrocie do uczciwości mówić będą w kampanii wszyscy na czele z PiS i PO. Kandydat obywatelski jest w stanie propagować  dialog z mieszkańcami, a nie traktowanie ich jak dużych dzieci, którym obiecuje się ścieżki rowerowe i festyny. Zmierzenie się z chaosem zabudowy (efektem mankamentów wyobraźni urzędników i braku planów zagospodarowania przestrzennego), panoszeniem się kryminalistów i żebraków w centrum stolicy, smogiem i niedostatkiem miejsc parkingowych, których nie zastąpią nawet najpiękniej gadające na każdym przystanku tramwaje. O tym mieszkańcy dyskutują częściej, niż rozważają, kto pójdzie siedzieć za reprywatyzację, chociaż oczywiście krzywdy z nią związane wymagają naprawienia. Infantylizm warszawskiej polityki od dawna razi i zniechęca do osobistego angażowania się. Premię od wyborców dostanie ten, kto zrozumie, że stolica to sprawa poważna.  

W Warszawie wygra albo nominat partyjny – albo reprezentant jej mieszkańców, człowiek z wizją i charyzmą. Pierwszy wariant może oznaczać stracone cztery lata. Szkoda miasta…        

Łukasz Perzyna

 

#WarszawaPoHGW


Jaka będzie stolica po kilkunastu latach rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz komentarze opinie

  • gość 2017-08-15 14:58:33

    Co do niezależnych kandydatów... niestety z ich jakością jest krucho to fakt. Pan Guział.... cóż, wiele lat pracował na renomę nadwornego stańczyka czyt. klauna. Powaga urzędu nie pasuje do ludzi-krzykaczy. Od kilku lat stara się wybić na ,,aferze reprywatyzacyjnej" ale niestety robienie kariery na wciąż podgrzewanym starym kotlecie robi się nudne. Do tego jego korzenie w złodziejskim i skompromitowanym SLD potem romans z PO teraz sympatie do PiS oraz ostatnie alianse z komuchem Ikonowiczem /normalnie jakieś Beverly Hills/ jednoznacznie przekreślają go jako poważnego kandydata. Kiedyś ktoś o nim trafnie powiedział, że w jednej kieszeni nosi tonę wazeliny a w drugiej pomyj.... Nie HGW, nie Guział, nie Sasin, imo poważny kandydat jeszcze się nie ujawnił. Warszawa potrzebuje poważnego i zrównoważonego umysłowo zarządcy.

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na wio.waw.pl